Dietetyka – I semestr

Mój pomysł z wpisami o studiach przypadł Wam do gustu, więc oto i on! Pierwsza część – pierwszy semestr na dietetyce na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie.

Zacznijmy może od liceum. Byłam na tzw. profilu językowym (rozszerzona historia, polski i angielski; dodatkowo podstawowy język hiszpański). Dlaczego taki wybrałam? W gimnazjum były to moje ulubione przedmioty (zamiast hiszpańskiego uczyłam się wtedy przez 3 lata niemieckiego), dlatego chciałam poszerzać swoją wiedzę. Niestety, nie wszystko było tak, jak chciałam. Głównie chodzi o historię, która nijak mi się przydała, bo nie zdawałam jej na maturze (o niej niżej). Język polski to lekcje bardzo ciekawe, z kolei na angielskim doskonaliłam swoje umiejętności mówienia, a także miałam możliwość wyjazdu do Londynu (o tym pisałam tutaj), gdzie przez tydzień mieszkałam w domu „Anglików” bliskowschodniego pochodzenia. Zasób mojego słownictwa z języka hiszpańskiego jest bardzo, ale to bardzo mały, głównie ze względu na małą ilość godzin tych lekcji oraz trzykrotne zmiany nauczycielki w ciągu trzech lat.
Matura. To kilka miesięcy przed nią postanowiłam sobie, że chcę iść na studia dietetyczne. Większość uczelni w Polsce wymaga zdawania biologii i/lub chemii. Ja oba te przedmioty miałam jedynie w I klasie szkoły średniej. Brałam więc pod uwagę dwie opcje: uczę się samodzielnie ew. biorę korepetycje z biologii/chemii bądź szukam takiej uczelni, gdzie nie są dane przedmioty potrzebne. I znalazłam. Były to właśnie dwie uczelnie w Lublinie. Nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście i tak naprawdę bardziej rozważałam Gdańsk czy Warszawę, do których jest po prostu bliżej z mojego rodzinnego miasta, a także możliwy jest dogodniejszy dojazd. Jednak postanowiłam sobie: chcesz robić to, co kochasz. Bez względu na wszystko, kieruj się sercem. I tak zostało 🙂 Na maturze zdawałam rozszerzony polski, angielski, geografię, wos. Rozpatrywane były geografia (lepiej mi poszła)/wos i angielski.
Dostałam się na UP, Wydział Nauk i Żywności i Biotechnologii, kierunek dietetyka. Niezmiernie się ucieszyłam! Początkowo nie było łatwo, ale jakoś przeżyłam te 4 miesiące ciężkiej nauki. Tak, ciężkiej. Kilka kolokwiów w tygodniu, zaliczenia, codzienne zajęcia. Na innych kierunkach większość studentów zaczynała się uczyć dopiero podczas sesji, a dietetycy mieli materiał do opanowania już podczas drugiego tygodnia października. Ale wcale nie było to takie złe, jak okazało się w styczniu.

Przedmioty, których uczyłam się w tym semestrze to: anatomia człowieka, fizjologia człowieka, podstawy chemii organicznej i nieorganicznej, bezpieczeństwo i ergonomia, ekologia i ochrona przyrody, język angielski (poziom B2), parazytologia, psychologia ogólna, rośliny konsumpcyjne z upraw klasycznych i ekologicznych, statystyka, technologia informacyjna i wychowanie fizyczne. Łącznie 12 przedmiotów. Każdy po krótce opiszę, w razie pytań o konkrety – możecie je zadawać w komentarzach lub mailowo.

Anatomia człowieka

(30h wykładów, 15h ćwiczeń)
Omawiany był każdy układ w ciele człowieka: zaczynając od kostnego, poprzez płciowy, kończąc na dokrewnym. Szczegóły, szczególiki… Trzeba to lubić, żeby się tak wszystkiego co do joty wyuczyć. Mnóstwo zależności, powiązań oraz rysunków wnętrzności 😀 najbardziej ciekawy był oczywiście układ pokarmowy (na który kładziono największy nacisk), ale uwierzcie, że wszystkie, ale to wszystkie układy naszego ludzkiego ciała oddziałują np. na pobieranie pokarmu, ochotę na jedzenie, przybieranie na wadze czy chudnięcie. Warto ten temat zagłębić, jeżeli ktoś jest zainteresowany (wiele razy podczas wykładów Pani doktor polecała książkę profesora Bochenka). Bądź co bądź, egzamin zdałam na 3,5*, więc byłam ucieszona (z racji tego, że połowa roku, czyli ok. 70 osób nie zaliczyło w pierwszym terminie).

Fizjologia człowieka

(25h wykładów, 30h ćwiczeń)
Wszystko bardzo podobnie jak w wyżej opisanej anatomii. Tylko jeszcze więcej mechanizmów, hormonów i mylących się nazw 😀 Kolokwia około 3 razy w miesiącu z ogromnej ilości materiału, ale dzięki temu do sesji wystarczyło powtórzyć. Osobiście polecam książkę „Fizjologia człowieka w zarysie” prof. Traczyka. Egzamin zdany na 4 (tutaj jeszcze większy pogrom, zaliczyło zaledwie 30 osób), dzięki czemu mogłam cieszyć się dwutygodniowymi feriami 🙂

Podstawy chemii organicznej i nieorganicznej

(30h wykładów, 30h ćwiczeń)
Ten przedmiot oraz fizjologia są najwyżej punktowane ECTS** (po 5 punktów). Wykłady bardzo ciekawe, jednak tylko przez kilka z nich obecna była główna prowadząca. Na ćwiczeniach laboratoryjnych wykonywaliśmy samodzielnie lub w grupach doświadczenia, tj. próba Tollensa, wykrywanie cukrów i białek czy reakcje z alkoholami. Na każde kolejne zajęcia należało mieć sprawozdanie z wszystkimi reakcjami. Jedyne co wydawało mi się potrzebne, jeżeli patrząc na to pod kątem dietetyki, to właśnie sacharydy, aminokwasy oraz tłuszcze; reszta według mnie była mało istotna – ale każde ćwiczenia należało odbyć. Nie martwcie się tym, jeżeli jesteście słabe z chemii – nie jest trudno, wystarczy dobrze słuchać na zajęciach i trochę poszperać potem w przewodnikach czy internecie. Egzamin zaliczyłam na 5!

Bezpieczeństwo i ergonomia

(10h wykładów)
… czyli tzw. „zapychacz”. Nie wiem w zasadzie po co nam taki przedmiot, ale szybko minął, więc nie było to tak bolesne. O czym była mowa? O poprawnej postawie przy stanowisku pracy, normach prawnych określających umowy o pracę itd. Nic ciekawego. Ocena: 5.

Ekologia i ochrona przyrody

(30h wykładów)
Niech ktoś mi wyjaśni, po co to dietetykowi? Większość rzeczy pamiętałam jeszcze ze szkoły podstawowej. Najciekawszy był chyba film na ostatnich zajęciach, który mówił o zmieniającym się klimacie na Ziemi oraz nieustannej urbanizacji terenów dziewiczych. Ocena to także 5.

Język angielski (poziom B2)

(15h ćwiczeń)
A tutaj… czuje, że się cofam. Mój zasób słownictwa jest o wiele szerszy niż ten, którego wymaga od nas Pani magister na lekcjach. Zastanawiam się, czy nie spróbować przenieść się do grupy o wyższym poziomie (jeżeli takowa jest). B2 miałam opanowany na poziomie liceum. Książka opiera się na tekstach o tematyce żywieniowej, ale nie jest to to, czego oczekiwałam. Tutaj także 5.

Parazytologia

(15h wykładów, 15h ćwiczeń)
Pieszczotliwie nazywane przez nas „robaczki”. Nauka zajmująca się badaniem pasożytów. Czyli wszelkie tasiemce, glisty, wszy, kuczmany, przywry i owsiki. Wykłady dosyć nudne, ale ćwiczenia interesujące. Mieliśmy przyjemność mieć do czynienia z niektórymi „osobnikami” 😀 Materiał dosyć obszerny, ale przystępny. Egzamin zaliczony na piątkę 🙂

Psychologia ogólna

(30h wykładów)
Jak dla mnie bardzo ciekawe zajęcia. Poruszane były problemy środowiska, genów, snu, miłości i oczywiście zaburzeń odżywiania. Przedmiot wykładała jedna z lepszych wykładowczyń w Lublinie (dziekan wydziału psychologii UMCS). Warto było wstawać o 8 rano w piątek. Zaliczone na 4,5.

Rośliny konsumpcyjne z upraw klasycznych i ekologicznych

(15h wykładów, 15h ćwiczeń)
Wykłady – nudy. Ćwiczenia – dosyć ciekawe. Omawialiśmy rośliny okopowe, zbożowe, oleiste i strączkowe, a także ogólnie charakterystykę gospodarstw konwencjonalnych i ekologicznych. Ciekawym elementem było uczenie się rozpoznawania około 30 nasion różnych zbóż i innych roślin (spróbujcie rozróżnić pszenżyto od pszenicy zwyczajnej… Czy jęczmień oplewiony od okrytonasiennego haha). Nie jest to trudny przedmiot, sporo informacji było mi znanych z własnego doświadczenia kulinarnego czy oczytania w tym temacie. Ocena: 4,5.

Statystyka

(15h wykładów, 30h ćwiczeń)
Według osób po studiach matematycznych przedmiot ten jest określany jako rozszerzona matematyka. Ja miałam statystykę typowo ekonomiczną, wszystko obliczaliśmy za pomocą kalkulatora lub ręcznie. Odchylenia standardowe, kowariancje, współczynniki zmienności… Nie używaliśmy excela, chociaż byłoby to wielkim ułatwieniem. Ćwiczenia przyjemne, luźna atmosfera. Wykłady z kolei – natłok informacji i zbyt dużo teorii. Wyszłam z tego cało, średnia z dwóch kolokwiów dała mi 5 na koniec semestru.

Technologia informacyjna

(30h ćwiczeń)
Szeroko pojęta informatyka. Pracowaliśmy na wordzie, powerpointcie oraz excelu. Nic nie wychodziło poza obszar gimnazjum/liceum. Prościzna 🙂 Zaliczone na 5.

Wychowanie fizyczne

(30h ćwiczeń)
Miałam 1,5h zajęć raz w tygodniu. 2×45 minut na różnych salach. Siłownia z ciężarami, siłownia cardio, sala fitness z piłkami i matami, dwie sale gimnastyczne. Możliwe jest także zapisanie się do sekcji sportowej (wtedy chodzi się tylko na dane zajęcia, można odpuścić sobie wf, zostaje on automatycznie zaliczony na najwyższą ocenę) i chyba to uczynię w II semestrze. Do wyboru jest koszykówka, piłka nożna/siatkowa/ręczna, boks, basen, ergometry i inne. Co jest plusem: darmowe są wtedy różne zajęcia fitness prowadzone na uczelni, np. crossfit 🙂 Nie próżnowałam podczas tego semestru: dwa razy prowadziłam zajęcia dla moich koleżanek, o czym „informowałam” Was na instagramie. Ocena na koniec to 5.

* Tylko wspomnę, jeżeli któraś w Was by nie wiedziała: najniższą oceną na studiach jest 2, a najwyższą 5 🙂
** ECTS – Europejski System Transferu Punktów; zbiór procedur gwarantujących zaliczanie studiów krajowych i zagranicznych do programu realizowanego przez studenta w macierzystej uczelni

Pytałyście się mnie także dosyć często, czy wszyscy studenci (czternastokrotność dziewcząt nad chłopakami!) na moim kierunku jedzą zdrowo, ćwiczą itd. Nie, a szkoda. Czasami aż nie mogę patrzeć jak widzę pochłaniane tak ogromne ilości słodkich bułek czy batonów. I te piątkowe poranki z opuchniętymi twarzami po czwartkowej imprezie… Niekiedy aż brak mi słów 😉

Swój pierwszy semestr uważam za udany! Z wielką przyjemnością będę uczyła się kolejnych przedmiotów, a teraz będzie to coś nowego, np. biochemia ogólna i żywności, podstawy żywienia człowieka czy historia nauki o żywności. Brzmi bardziej dietetycznie :p Oczekujcie następnego wpisu z tej serii za kilka miesięcy.

Tak jak wspomniałam wyżej: jeżeli zrodzą się w Waszej głowie jakiekolwiek pytania, śmiało zwracajcie się do mnie. Jeżeli któraś z Was zastanawia się konkretnie nad tą uczelnią, pomogę przy rekrutacji i opowiem więcej o wykładowcach i toku nauczania.

Pozdrawiam serdecznie 🙂

 

  • Najważniejsze, że robisz to co lubisz, widać, że się odnalazłaś :). Ja jestem w tej samej klasie, w której Ty byłaś, ale zdaję rozszerzone: polski, angielski i historię, bo chcę spróbować dostać się na dziennikarstwo. To jedyny kierunek, który jakoś łączy się z moimi zainteresowaniami. Chociaż wszyscy odradzają, to ja i tak chcę spróbować, jak się nie uda to trudno, ważne, że się próbowało :D.

  • Dostanie się na te studia było jedną z najlepszych rzeczy, jakie mnie do tej pory w życiu spotkały 🙂 Tobie również tego życzę!
    Sama kiedyś myślałam nad dziennikarstwem (kiedy jeszcze nie podobała mi się dietetyka). Na pewno się dostaniesz. I oczywiście sobie poradzisz, jesteś oczytana, ciekawie prowadzisz bloga, więc wszystko pójdzie gładko.
    Teraz to tylko zostało dobre przygotowanie się do matury 🙂

  • Pingback: Dietetyka – III semestr | Karolina Jachimowicz Healthy()

  • Pingback: Dietetyka – IV semestr | Karolina Jachimowicz Healthy()