Norweskie Bergen – jak spędziłam tydzień za siedmioma górami

Bardzo spontanicznie, kilka dni przed Wigilią, postanowiłam spędzić Sylwester i Nowy Rok za granicą. Trochę szalone, zważywszy na to, że ostatni raz leciałam samolotem 13 lat temu oraz, że sesja zbliżała się wielkimi krokami. Ale ostatnio coraz częściej podejmuję ryzyko, próbuję nowych rzeczy i po prostu… żyję 🙂 Nieraz tak, jakby miało nie być jutra. We’re all the dreamers, czyż nie? 🙂 I tak oto – poleciałam spędzić ostatnie dni zeszłego i pierwsze obecnego do Bergen!

Moja pierwsza podróż na północ, moja pierwsza styczność z kulturą skandynawską. Bergen to drugie co do wielkości miasto Norwegii, leżące na styku Morza Północnego i Norweskiego. Najbardziej deszczowe miasto Europy (tak tak, nie będzie to Londyn ;)), co niestety wpływa na samopoczucie mieszkańców tego miasta. Ale z tego co mogłam zaobserwować – Norwedzy są mili, uśmiechnięci i przyjaźni. Ogromnym plusem jest to, że spokojnie można porozumieć się tam po angielsku – zarówno z młodymi, jak i starszymi ludźmi.

Co do pogody – wcale nie jest tak zimno, jak mogłoby się wydawać! Temperatura na początku stycznia była niemalże taka sama, jak w tym samym momencie w Polsce.

Nie powiedziałam Wam jeszcze jak do Bergen się dostałam. Byłam wtedy na święta w moim rodzinnym mieście, z którego 29 grudnia „przetransportowałam się” do Gdańska, a stamtąd już liniami WizzAir doleciałam bezpośrednio na lotnisko Bergen-Flesland. Lot trwał niecałe 1,5 godziny. Miałam takie szczęście, że w dwie strony miałam miejsce przy oknie, dzięki czemu mogłam podziwiać niesamowite widoki, lecąc o wschodzie słońca! Polecam każdemu, jedne z piękniejszych widoków w moim życiu ♥

Miasto jest kolorowe – ze względu na te wszystkie urokliwe domki, w większości drewniane. Nie można pominąć Bryggen (norw. przystań), czyli słynnej zabytkowej dzielnicy Bergen, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kolorowych domków jest aż – uwaga – 61! Bryggen uchodzi za tamtejszą starówkę, wyłożoną kostką brukową, z wąskimi uliczkami pomiędzy budynkami.

Większość moich zdjęć pochodzi ze wzgórza Fløyen. Wraz z przyjaciółką wchodziliśmy na nie „o własnych siłach”, ale dla słabeuszy jest też kolejka 😀 Góra ma wysokość 320 m n.p.m., a ze szczytu roztacza się widok na całe miasto i okolice. To dosyć rzadko spotykane, aby w jednym miejscu można było zobaczyć zarówno góry, jak i morze. Szczególnie dla nas jest to niecodzienny widok, ze względu na polskie ukształtowanie terenu 🙂 Zimową porą jest tam cudownie (dzień wcześniej popruszył śnieg!), ale samo wejście zajmuje obecnie na pewno 3 razy więcej czasu, ze względu na strome odcinki oraz oblodzenie trasy. Ale nie był to dla nas żaden problem – wspięłyśmy się, posiliłyśmy, obfotografowałyśmy z każdej strony 😀 i z uśmiechami na twarzach powędrowałyśmy zwiedzać dalej!

Wspomnę też tutaj o aktywności Norwegów – niezależnie od wieku. Jest to chyba ich cecha narodowa 🙂 Na każdym kroku można spotkać biegające osoby. Co więcej, robiły to nawet po zaśnieżonych górskich ścieżkach czy podczas padającego deszczu. Utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma złej pogody do aktywności fizycznej – jeśli tylko odpowiednio się do niej przygotujemy!

Sylwester spędziłyśmy w gronie znajomych, w jednym z bergeńskich klubów, mieszczącym się przy samym Bryggen. Widok na fajerwerki zza oszklonego tarasu, wokół Norwedzy śpiewający noworoczną piosenkę w swoim ojczystym języku, strzelające korki od szampanów – klimat był niecodzienny. To był na pewno niezapomniany wieczór!

Jeśli jesteśmy w temacie „imprezowym”, warto wspomnieć o tym, że miałam okazję być na Silent Disco. Weszłyśmy do klubu, dostałyśmy duże słuchawki z możliwością wyboru dwóch stacji muzycznych oferowanych zza konsoli przez DJów. W dowolnym momencie możemy zmieniać piosenkę. Na sali jest cicho, każdy słucha „swojej” muzyki i tańczy w jej rytm sam, bądź ze znajomymi. Coś innego, na pewno ciekawszego od zwykłej imprezy 🙂

Po mieście poruszałam się szybkim tramwajem Bybanen, który swoją trasę zaczyna od lotniska, a kończy na Byparken, czyli centrum Bergen. Nieraz dojeżdżałyśmy też autobusami miejskimi Skyss. Jeśli chodzi o ceny biletów (zwróćcie też uwagę na ich wygląd, mają formę dosyć grubych kartoników, które przykładamy w kolejce do czytników magnetycznych) – można się załamać. Normalny bilet przesiadkowy 90-minutowy kosztuje 37 NOK, czyli 16 zł. Porównując do cen polskich jest to duża różnica. Tak jak i w przypadku innych zakupów. Napoje, owoce, nabiał, przekąski – to wszystko w cenach dwa-trzy razy droższych niż w Polsce (dlatego też – generalizując – kuchnia norweska jest uboższa w zdrowe, pełnowartościowe składniki, a więcej w niej przetworzonej żywności. Pamiętajmy jednak o mnogości ryb i owoców morza w ich diecie). No, chyba że akurat trafimy na promocję, to koniecznie trzeba zrobić zapasy 😀 Przykładowo, za dużą norweską czekoladę zapłaciłam 10 zł, za pół kilograma świeżego łososia 44 zł – i to były obniżki, a za magnes i zawieszkę do kluczy 40 zł. Nie można generalizować, ale wybierając się do Norwegii raczej należy wziąć pod uwagę to, że będzie sporo drożej. Jeśli jesteśmy w temacie pieniędzy, warto wspomnieć, że w 99% miejsc zapłacimy kartą. Co więcej, Norwegia ma w planach wycofanie gotówki 🙂

Zaskoczeniem było dla mnie to, że woda w kranach nie jest zakamieniona i spokojnie można nalewać ją bezpośrednio do szklanki czy czajnika. Z tego co słyszałam, w restauracjach dostaniemy ją za darmo.

Warto przejść się po Porcie, gdzie znajduje się sławny Targ Rybny (norweskie łososie i krewetki to coś, co trzeba spróbować!). Ciekawym miejscem jest także Florida i położony obok niej park akademicki Nygårdsparken.

Nie było mi dane wjechać na najwyższą górę w Bergen – Urliken. Ogólnie w całym Bergen jest o wiele więcej szlaków górskich, którymi warto przespacerować się w cieplejsze (i na pewno nie-deszczowe) dni. Dlatego postanowiłam, że tam wrócę, aby jeszcze raz zachwycać się norweską naturą, w trochę innym wydaniu 🙂

Na dzisiaj to wszystko. Mam nadzieję, że mogłam przenieść Was do południowo-zachodniej Norwegii poprzez swoje wspomnienia oraz fotografie (więcej niżej!). A już niedługo nowy wpis podróżniczy, czyli relacja z jednodniowego wypadu do Budapesztu. Do napisania! 🙂