IZRAEL – niezwykła podróż na Bliski Wschód – Morze Martwe, Eilat, Ramon, Jerozolima, Betlejem

Pierwszy raz postawiłam swoją stopę na innym kontynencie niż Europa. Chociaż Izrael nigdy nie był na mojej liście wymarzonych krajów do odwiedzenia, gdy pojawiła się okazja zwiedzenia tego państwa, długo nie zwlekałam z decyzją! Zabookowaliśmy ze znajomymi tanie bilety i rozpoczęliśmy planowanie naszej dziesięciodniowej wycieczki…

Zaplanowaliśmy zwiedzanie Izraela zaczynając od południa kraju (lądowaliśmy na lotnisku Eilat-Ovda), podróżując przez Pustynię Negew na jego północ do wybrzeża Morza Śródziemnego, zahaczając o Morze Martwe i wracając znów na piękne plaże Morza Czerwonego (a dokładniej Zatoki Akaba). Plan udało się nam zrealizować w 100%, chociaż pogoda nie zawsze dopisywała. Ale jak to się mówi – nie ma złych warunków atmosferycznych, jest tylko nieodpowiednie do nich przygotowanie 😉

Dużo czasu spędzaliśmy w samochodzie, który wypożyczyliśmy w mieście, naszej „bazy wypadowej” – Eilacie. Jeśli decydujecie się na wypożyczenie samochodu, koniecznie sprawdźcie ile będzie wynosiła zaliczka (200 zł) i kaucja (900 zł) oraz w jakim stanie musicie zwrócić samochód (tankowanie i myjnia).

Podczas naszej podróży zrobiliśmy ok. 1000 km! Poniżej wrzucam mapę przejazdu 😉

Lot mieliśmy z Warszawy (lotnisko Chopina) liniami Wizzair, zaś powrót odbył się na Modlin, liniami Ryanair. Pamiętajcie o zmianie strefy czasowej (+1 godzina w porównaniu do Polski). Koszt podróży z moim przypadku w obie strony to ok. 150 zł (z Wizz Discount Club i wejściem Priority). Komfort lotu jest średni (tanie linie lotnicze), porównując do mojej podróży do Szwajcarii.

Gotówka, karta… Czyli jaką walutę ze sobą zabrać?

Jaką walutę warto mieć ze sobą w Izraelu? Obowiązującą jest nowy szekel (ILS), który ma przelicznik prawie 1:1 jeśli chodzi o PLN. Osobiście wymieniłam w kantorze w Lublinie 880 ILS (1012 zł), dodatkowo miałam ze sobą drobną gotówkę w złotówkach oraz kartę bankomatową (która oczywiście się przydała :D).

Ceny w Izraelu

Nie jest to tani kraj, trzeba się przygotować na wyższe niż polskie ceny. Szczególnie jeśli chodzi o atrakcje turystyczne i zakwaterowanie. Bardzo często byliśmy również zachęcani do oprowadzania/podprowadzania przez lokalsów, którzy na początku oczywiście wyglądali na bezinteresownych, a na koniec oczekiwali wyznaczonej przez siebie stawki od osoby, tzw. tipa… Kończyło się to tak, że dawaliśmy im trochę drobnych, w ramach podziękowań.

W Izraelu warto kupić sobie kartę telefoniczną z Internetem (europejski roaming tam rzecz jasna nie obowiązuje). My za swoją zapłaciliśmy 16 zł od osoby, włożyliśmy do jednego z telefonów i udostępniliśmy reszcie.

Wpis będzie uporządkowany chronologicznie i podzielony na miejsca, które odwiedziliśmy 🙂

Eilat – 1-2 grudnia

Przylecieliśmy przed południem i od razu niespodzianka – nie doleciała nasza wspólna walizka, w której znajdowała się część ubrań, kosmetyki oraz zapasy jedzenia z Polski. Mieliśmy trochę „papierologii” i próbowania załatwienia tej sprawy (od razu Wam powiem, że walizkę odzyskaliśmy na lotnisku przed samym powrotem do Polski :(). Postanowiliśmy nie tracić czasu, wsiedliśmy w autokar z Ovdy do Eilatu (bez problemu znajdziecie punkty kupna biletów zaraz przy odbiorze bagaży, koszt to ok. 20 zł). Podróż zajmuje ok. 45 minut. Zameldowaliśmy się w naszym mieszkanku na pierwsze dwie noce – wszystkie wynajmowaliśmy przez booking.com. Z całego serca polecam ten nocleg, zarówno warunki, jak i przemiłego, pomocnego właściciela, który o poranku przyniósł nam słodkie bułeczki, mimo że nie było tego w ofercie! Podsyłam link – Apartment Alona Eilat.

1 grudnia wybraliśmy się na krótkie pływanie i nurkowanie na Dekel Beach, zaś wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu centrum Eilatu. Tam też zjedliśmy naszą najbardziej ekskluzywną kolację – hummus (który w niezmienionej postaci towarzyszył nam do końca wyjazdu) z chałką, kupowane w sklepie spożywczym, jedzone na ławce z widokiem na reklamę burgerów 😀 Czyż to nie brzmi jak najlepszy posiłek na świecie? 😉 Jeśli już jesteśmy przy hummusach, w sklepach znajdziemy praktycznie tylko jednego producenta, ale występują w różnych wariantach smakowych (tradycyjne, z jalapeno, z chili itp) i wielkościach. Najbardziej opłaca się kupować oczywiście duże opakowania (i tak też robiliśmy, dzieląc się nimi między sobą). Ceny to średnio 12 zł za 400g-owe opakowanie. Nabyć można również pasty z bakłażana, cukinii, pomidorów, papryki itp. Wszystkie zachęcają 😉 Co do pieczywa – przeważają pity (okrągłe, pszenne, płaskie placki, które podczas pieczenia pęcznieją tworząc naturalną kieszonkę na farsz), którymi prawie każdego dnia zajadałam się ze smakiem.

Cały 2 grudnia spędziliśmy na plaży Princess Beach, która najbardziej spodobała mi się pod względem nurkowania – rafa koralowa, którą tam ujrzałam, była jak do tej pory jednym z najpiękniejszych widoków w moim życiu! Lazurowa woda, temperatura powietrza ok. 25 stopni, grudzień – może być piękniej?

Kratery Mitzpe i Makhtesh Ramon, Pustynia Negew, Mevo Betar – 3 grudnia

Kolejnego dnia przed południem wyruszyliśmy w kierunku północy kraju, przez Pustynię Negew, do Jerozolimy. Po drodze chcieliśmy zobaczyć dwa kratery – Mitzpe i Makhtesh Ramon – największe kratery krasowe na Ziemi! Widoki zabierały dech w piersiach! Tam obejrzeliśmy zachód słońca i kierowaliśmy się do naszego następnego mieszkania, w miejscowości położonej blisko Jerozolimy – Mevo Betar. Tu również spędziliśmy dwie noce. To miejsce także Wam polecam – Sweet Home Mevo Betar. Właścicielami są przemili Rosjanie, również bardzo pomocni (jak większość mieszkańców Izraela).

Tego wieczoru zepsuł się nam samochód, co związane było ze stresem z jego zmianą w Jerozolimie (czym musieliśmy zająć się sami). Pech trzymał się nas mocno :/

Jerozolima – 4 grudnia

Następnego dnia o poranku rozpoczęliśmy zwiedzanie stolicy Izraela – Jerozolimy. Najważniejszego miasta dla wszystkich Chrześcijan. Przepełnionego symbolami religijnymi i miejscami kultu. Chociaż jak się okazuje – nie tylko, zważając chociażby na wygląd obecnej Drogi Krzyżowej, który znałam z materiałów Wojtka Cejrowskiego – w pobliżu większości stacji poustawiane są stragany z bibelotami, ludzie nie przejmują się tym, że dwa tysiące lat temu Chrystus przeżywał tam mękę i bez skrupułów handlują w tym miejscu. Przykre, ale prawdziwe.

Betlejem – 5 grudnia

Z Jerozolimy do Betlejem można dostać się międzymiejskim autobusem (koszt 5 zł). Większość ludzi kojarzy Betlejem z szopką i żłóbkiem, w której urodził się Jezus. Jest to niewielka miejscowość i na jej zwiedzanie wystarczy poświęcić jeden dzień. Nawet w tym przedświątecznym okresie nie było tam czuć świątecznego klimatu. Nadawała go chyba ta postawiona w centrum choinka 😉

Aktualnie Betlejem znajduje się w granicach Autonomii Palestyńskiej. Z powodu politycznych miasto od północy i zachodu otacza mur bezpieczeństwa. Na wysokości Betlejem znajduje się niesławny izraelski punkt kontrolny – checkpoint 300. Przejście przez to miejsce było dla mnie dość stresujące, nieco przerażające i niepokojące, chociaż nie spotkaliśmy się z wyjątkowo dokładną (inną niż dotychczas) kontrolą. Mieszkańcy miasta, którzy dojeżdżają do pracy do położonej 30 km dalej Jerozolimy muszą stanąć w kolejce już o 2 w nocy! Jeśli chcecie zobaczyć jak to wygląda, wpiszcie w Youtube „checkpoint 300”. Restrykcyjne zasady nie dotyczą turystów – autobusy z pielgrzymami mają wydzielony oddzielny pas i na wjazd do Betlejem czekają zaledwie kilka minut. My jechaliśmy autobusem wraz z innymi mieszkańcami, ale na całe szczęście nie napotkaliśmy żadnych problemów komunikacyjnych.

Jeszcze przed zachodem słońca wróciliśmy do Jerozolimy, skąd ruszyliśmy w kierunku wybrzeża Morza Śródziemnego, przez Tel Awiw (w którym się niestety nie zatrzymywaliśmy) do Hajfy.

Cezarea, Akka, Hajfa – 6 grudnia

Cezarea to ruiny starożytnego miasta, słynące z nadmorskich akweduktów. Tam pierwszy raz ujrzałam Morze Śródziemne. Niestety, ale pogoda nie zachęcała do kąpieli (chociaż chłopacy chwilę sobie popływali wieczorem, mimo nadchodzącej burzy). Jak widać mój strój znacząco różnił się od tego, który miałam na sobie kilka dni wcześniej w Eilacie 😀

W Akce z kolei widzieliśmy nadmorski port, wstąpiliśmy do meczetu oraz spróbowaliśmy najpyszniejszego, a przy okazji najtańszego (duży 10 zł), falafela w całym Izraelu – Falafel Salah Edin (przynajmniej tak było napisane na potykaczu).

Wieczorem wróciliśmy do Hajfy, gdzie podziwialiśmy ozdoby świąteczne rozciągające się wzdłuż deptaka – wtedy chyba pierwszy raz podczas tego wyjazdu poczułam święta – jak na mikołajki przystało 🙂

Hajfa, Nazaret, Tyberiada – 7 grudnia

Ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe musieliśmy odpuścić sobie takie atrakcje jak jaskinie czy Baha’i World Centre. Z tego względu, pozostały w Hajfie czas poświęciliśmy na Muzeum Hecht, ale nic konkretnego mnie tam nie zaciekawiło.

Z Hajfy ruszyliśmy do Nazaretu. Tam zwiedziliśmy najważniejsze kościoły oraz zjedliśmy obiad w Deewan al-Saraya, czyli w lokalu w całości obłożonym na ścianach i podłodze różnego rodzaju antykami, prowadzonym przez starszego, miłego Izraelczyka, który przygotował nam bardzo smaczne dania – sałatkę, shawermę, labaneh, kobę i freekeh.

Jeszcze przed zachodem słońca chcieliśmy zobaczyć Jezioro Galilejskie (inaczej Genezaret lub Tyberiadzkie) oraz Górę Błogosławieństw, na której Jezus wygłosił Kazania na Górze, jednak pogoda i zamknięcie tego miejsca zmusiły nas do przełożenia tego na następny dzień…

Jezioro Galilejskie, Morze Martwe, Pustynia Negew – 8 grudnia

… I wtedy się nam już udało 🙂 Podczas drogi nad Morze Martwe nie mogliśmy sobie odpuścić uwiecznienia pięknych widoków kamerą z drona! Wszystkie najlepsze ujęcia będziecie mogli zobaczyć na przygotowanym przeze mnie filmie (coming soon ;)).

Nad Morzem Martwym wybraliśmy plażę w miejscowości En Bokek – kurort i uzdrowisko na jego południowo-zachodnim brzegu. W tym sezonie turystów było naprawdę mało i praktycznie cała plaża była do naszej dyspozycji. Morze Martwe to tak naprawdę słone JEZIORO bezodpływowe. Postanowiłam przybliżyć Wam więcej ciekawostek na ten temat, bo sama zainteresowałam się tym zagadnieniem:

  • znajduje się między wysokimi górami i klifami
  • ok. 17 tys. lat temu poziom wody Morza Martwego był tak wysoki, że łączyło się ono z leżącym na północ Jeziorem Galilejskim
  • w ciągu wieków przylegały do niego różne nazwy: Morze Cuchnące, Morze Diabelskie, Jezioro Asfaltowe
  • według tradycji głęboko na dnie leżą ruiny Sodomy i Gomory
  • poziom wody w Morzu Martwym spada – przez ostatnie 40 lat powierzchnia morza zmniejszyła się o 30%! W przyszłości ma powstać Kanał/Rurociąg Dwóch Mórz o długości ok. 180 km transportujących wodę z Morza Czerwonego; ma to zapobiec wyschnięciu Morza Martwego
  • lustro wody znajduje się w najniższym punkcie Ziemi, 430,5 m p.p.m. (stan na 2017 r.) i ciągle się obniża! Kryptodepresja sięga 817 m p.p.m.
  • jezioro to wykazuje bardzo duże zasolenie – średnio 26%. Można porównać promilowe zasolenie Morza Martwego i położonego niedaleko dość słonego Morza Czerwonego – Morze Czerwone to ok. 41‰, natomiast Morze Martwe – 231‰!!!
  • tereny Morza Martwego polecane są dla osób zmagających się z chorobami skórnymi, zwyrodnieniami stawów, astmatyków, alergików
  • większość linii brzegowej jest niedostępna, a chodzenie na tzw. dzikie plaże jest ryzykowne i niebezpieczne w związku z występującymi licznymi uskokami, przysłoniętymi na powierzchni cienką warstwą piasku (znane są liczne wypadki zaginięć osób spacerujących w miejscach niedozwolonych)
  • a na koniec – najciekawsze – Morze Martwe jest nie tylko słone, ale również tłuste! Gdy tylko się wstanie w wody, ma się wrażenie, jakby wychodziło się z ciepłego oleju. Woda zostawiała po sobie tłusty osad. Skóra skórą, bo w sumie była dobrze natłuszczona, niczym oliwką dla niemowląt :D, ale wraz z dziewczynami miałyśmy problem z włosami – trzeba było umyć je trzykrotnie szamponem, aby wreszcie były w pełni czyste.

Jeśli chodzi o samą kąpiel – jest to śmieszne wrażenie, bez wysiłku unosić się na powierzchni wody. Ciężko było wykonać odpowiednie „sławne zdjęcie” z książką (bądź gazetą), gdyż gdy tylko lekko obróciłam się na bok, wyporność wody powodowała, że przekręcałam się na brzuch i próbując ratować nasz przewodnik (Lonely Planet – polecamy z całego serca ♥) zachlapałam oko słoną wodą (nic przyjemnego!).

Po kąpieli ruszyliśmy po kolejną przygodę – noc na Negew Camel Ranch, czyli na pustyni, w małych, przytulnych domkach, wśród cudownych wielbłądów, które widziałam pierwszy raz w swoim życiu 🙂 Oglądanie gwiazd w takim miejscu robi niebywałe wrażenie!

Negew Camel Ranch, En Bokek, Eilat – 9 grudnia

… były gwiazdy, był też wschód słońca! Chociaż poranek był dosyć ciężki, wstaliśmy o 5:30, aby wdrapać się na pobliski szczyt i rozkoszować się widokiem magicznego poranku. Później zjedliśmy śniadanie, nakarmiliśmy również wielbłądy i postanowiliśmy wrócić nad Morze Martwe, bo okazja bycia nad nim może powtórzyć się dopiero za dobrych kilka lat. Miałam skorzystać z przejażdżki na jednym z wielbłądów, jednak odkładam tą aktywność na kolejny wyjazd (być może do Afryki? :)).

Tym razem chcieliśmy skorzystać z którejś z błotnych plaży, słynących z dobroczynnych właściwości, jednak albo były zamknięte, albo nie mogliśmy ich zlokalizować. Zatrzymaliśmy się więc po raz drugi w En Bokek i podobało się nam równie bardzo jak dnia poprzedniego. Szybka kąpiel i do samochodu, aby skorzystać jeszcze raz z nurkowania w Eilacie. Tym razem wybraliśmy Coral Beach, która jest rezerwatem przyrody i nie można było do rafy koralowej podpływać tak blisko, jak na Princess Beach. Mimo wszystko, widoki również były ciekawe 😉 Aby pływać na tej plaży wykupiliśmy fotele przy jej brzegu (jeśli dobrze pamiętam, ok. 10 zł za jeden).

Po nurkowaniu chcieliśmy dopakować swoje walizki, oddać samochód do wypożyczalni i udać się na autokar na lotnisko do Ovdy. I tutaj wiele rzeczy poszło nie tak – więcej czasu niż planowaliśmy zajęło nam pakowanie, umycie i zatankowanie samochodu, oddanie go i przedostanie na dworzec autobusowy, przez co spóźniliśmy się na ostatni autokar i zmuszeni byliśmy do zamówienia taksówki. Koszt to… 450 zł. Liczyliśmy, że to koniec naszego pecha…

Dotarliśmy na lotnisko, a tam czekały na nas bardzo skrupulatne kontrole. Procedury bezpieczeństwa z Ovdzie są dosyć specyficzne. Kontrola nr 1 była przeprowadzana dla dwóch osób jednocześnie (jeżeli podróżowali wspólnie) i dotyczyła podróży do Izraela i wcześniejszych destynacji. Mi i przyjaciółce zadano takie pytania jak: kim dla siebie jesteśmy, kto i gdzie pakował nasze walizki i czy były one z nami cały czas, czy ktoś nam coś dał w Izraelu, w jakich miejscowościach byłyśmy, gdzie spędziłyśmy ostatnią noc, czy mamy ostre narzędzia, ile mamy ze sobą bagaży. Kontrola nr 2 polegała na przeszukaniu naszych bagaży. Tak, otwierano walizki, wyciągano z nich poszczególne rzeczy czy torebki foliowe, sprawdzano pod kątem materiałów wybuchowych… Po tym wszystkim pani poprosiła, abym wszystko z powrotem zapakowała do walizki (weź znów upchnij teraz to wszystko, kiedy każdy centymetr powierzchni był dokładnie zaplanowany :D) i mogłam przejść dalej. Po tym jak sprawdzono również moją koleżankę i kolegę, oddano nam paszporty, skierowano do skanowania bagaży i przechodzenia przez bramkę (standardowa kontrola lotniskowa) – kontrola nr 3. Kolejną kontrolą, nr 4, było skanowanie paszportów (mój jest nowy, więc mogłam zrobić to sama, przez lotniskową maszynę). Następnie podchodziło się w korytarzu do pani (kontrola nr 5), która wydawała nam karteczkę uprawniającą do wyjazdu z Izraela. Przeszliśmy dalej, zaczekaliśmy na moją przyjaciółkę, która odzyskiwała zagubioną kilka dni wcześniej walizkę. Ostatnia kontrola, nr 6, wiązała się z pokazaniem kart pokładowych (wystarczy mieć je na urządzeniu elektronicznym). Wtedy już oczekiwaliśmy na lot (całe szczęście nie był opóźniony), ale tak jak już napisałam wyżej – do najprzyjemniejszych on nie należał (kiepskie warunki do spania i turbulencje podczas 4-godzinnego lotu dawały się we znaki).

Wylądowaliśmy na Modlinie, zamówiliśmy Ubera do Warszawy, a stamtąd od razu busem ruszyłam do Lublina. Koniec izraelskiej przygody…

Kosztorys wyjazdu

Dokładnie tego nie obliczę, ponieważ jest to niewykonalne, ale postaram się mniej więcej oszacować ile tego typu dziesięciodniowy wyjazd mnie wyniósł.

Ok. 1000 zł (wymienione na ILS) wzięłam ze sobą na codzienne wydatki w Izraelu. Dodatkowo, na hotele wydałam średnio 900 zł (liczę średnio 100 zł/noc). Należy doliczyć także wyciągane z bankomatu w Eilacie pieniądze na niespodziewaną podróż taksówką na lotnisko. A także zakupy spożywcze zrobione w Polsce, które finalnie nie doleciały do Izraela (teraz się z tego śmieję, wtedy nie było do śmiechu :(). Myślę, że plus minus koszt całego mojego wyjazdu to 2500 zł. W zależności od tego ile wydajecie na jedzenie, pamiątki, zakwaterowanie itd. koszt może się różnić. Podaję orientacyjną kwotę, jeśli ktoś zastanawiałby się ile takie wyjazdy kosztują. Według mnie, po tym co zobaczyłam, ile zwiedziliśmy, przejeżdżając cały Izrael, uważam że nie jest to wygórowana kwota. Nigdy nie byłam na wakacjach all inclusive, ale zdaje mi się, że taki wypoczynek, ok. tygodnia czasu (czyli krócej niż u mnie) można upolować za podobną cenę. Pytanie – czego oczekujemy? Leżenia na plaży i drinków z palemką, czy może przygód i odkrywania nowych miejsc i kultury? 😉

Izrael – moja (dotychczas) największa i najpiękniejsza podróż!

Nasza wyprawa była pełna wrażeń – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Jednak staram się niemiłe wspomnienia i trudności obracać w nauczkę na przyszłość, a w pamięci trzymać dobre chwile – było ich tak dużo 😉

Gdy tylko uda mi się zmontować materiał z podróży na pewno pojawi się jako dodatek do tego wpisu.

Mam nadzieję, że zainteresowałam Was Izraelem i być może zachęciłam do podróży w tamte rejony. Jeśli macie dodatkowe pytania – chętnie na nie odpowiem! Czekam na Wasze komentarze 😉